Język / Sprache
Promocje
Komplet 2 ŚLABIKŎRZY!
Komplet 2 ŚLABIKŎRZY!
63,00 zł 44,00 zł
szt.
Historia GÓRNEGO ŚLĄSKA
Historia GÓRNEGO ŚLĄSKA
139,00 zł 125,00 zł
szt.
Nunquam Otiosus - Mirosław Syniawa
Nunquam Otiosus - Mirosław Syniawa
34,90 zł 29,00 zł
szt.
Secesja Śląska - czyli Katanga
Secesja Śląska - czyli Katanga
26,00 zł 13,00 zł
szt.
CSŚB 6 - Wiersze i śpiywki Roberta Burnsa
CSŚB 6 - Wiersze i śpiywki Roberta Burnsa
24,00 zł 19,00 zł
szt.

Zaloguj się

A. Lubina - Margott - albo o początku i końcu

Dostępność:: na wyczerpaniu
Wysyłka:: 48h
Cena:: 30,00 zł 30.00
ilość szt.
dodaj do przechowalni
Ocena:: 0
Producent: -
Kod produktu: pub499

Opis

Aleksander Lubina
Margott
– albo o początku i końcu.
Mimrów z mamrami tom II
Ligota 2017

( … )

Hanslik siedział na stołeczku wędkarza i patrzył na spławiki. Przyjechaliśmy na ryby na motorowerach. Takich starych kopruchach. Dwutakty nie zawodziły. Pyrkały, pyrkały i połykały drogę. Każdy wyciągał po trzydzieści kilometrów na godzinę! Nad brzegiem jeziora, a właściwie na skraju starej piaskowni zalanej lata temu, zostawiliśmy nasze harleje. Na wszelki wypadek przeciągnęliśmy między szprychami łańcuchy i zapięliśmy kłódkami z szyfrem. Szyfr był prosty.
Moczyliśmy kije nie myśląc o rybach, bo nie o połów nam chodziło.

Młody Jeniszek gadał, jak to dobrze, że jest, jak jest. Jak to dobrze, że będzie jeszcze lepiej. Hanslik siedział i milczał. Jeniszek mówił, mówił, mówił… Mówił o wolności, że teraz każdy może mówić prawdę, że każdy może oglądać piękno, że każdy będzie mógł pisać, malować, budować, podróżować, podróżować… Że wreszcie będzie, jak już było, bo starzik pedzieli, co tu bydzie echt Polska, a opa obiecoł, iże tu bydzie, kiej w Niymcach.
Gadał Jeniszek i gadał. Gadał godzinami. A Hanslik milczał.
Zrobiło się zimno. Hanslik złożył stołeczek, poskładał wędki, złowione ryby wrzucił do jeziora. Otworzył swoją kłódkę, zdjął łańcuch i na koniec się odezwał. Spojrzał na Jeniszka, uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział: Kiej byś ty wiedzioł, jakiś ty gupi, to byś nic niy godoł. Nic byś niy godoł. Synek, siedziołbyś cicho i ryb suchoł.
Tak to było w tym pamiyntnym roku nad bagerzyjym, kiej wielu miało nadzieja, a jeszcze inni rynce zacierali zmaraszone.

( … )
Prości ludzie, moi sąsiedzi jak zwykle, jak rok w rok w Dobronędzy pili piwo i świętowali Marcina. Moi sąsiedzi pili piwo w Annę, w Jadwigę, w Marcina – pili piwo po mszy albo szli na mszę przed piwem. Piwo u nas jest częścią eucharystii.

( … )
Czterech Górnoślązaków nabierało kształtu. Zbliżali się. Rosłe drągale. Podobni do mężów niepokonanych przez Aleksandra, Dariusza, Brutusa i w wielu bitwach nieopisanych.
Böhme, Polefka, Jenischek, Goriwoda zsiedli z kozłów, przywiązali je do płotu kościelnego, skierowali się do knajpy, przekroczyli próg, sięgnęli po butelki podane im skwapliwie przez obecnych, zerwali kapsle, łapczywie pociągnęli po sporym łyku, wydali dźwięk niczym trąby jerychońskie i spokojnie wdali się w rozmowę z obecnymi w gospodzie. Początkowo, jakby język odzyskiwali, jakby się mówić uczyli na nowo, jakby przez czas dłuższy obcym przysłuchiwali się językom.
Piwo jest lepsze niż to sprzed roku. Chociaż to dawniej też mi smakowało – rzekł Markus.
Może dlatego, że rzadko można było dostać – powiedział Kokot i spojrzał pytająco na obecnych, jakby chciał poznać ich zdanie.
No tak, z wolnością jest tak samo, jak ją masz, to ci nie smakuje – uzupełnił Goriwoda.
Polefka wyprostował się i dodał: To jest jak z kobietą, z którą się ożeniłeś. Kiedy siedzi w domu, pracuje na polu, leży w łóżku, to ledwo ją zauważasz, ale kiedy na przykład idzie do kościoła na majowe albo na różaniec, to ci czegoś brak, coś ci skradziono, coś, co należy do ciebie.
Rozumiem. To jest jak z chusteczką do nosa – uśmiechnął się Zoronn.
Jak z rzeczką. Po prostu jest – Żyd, który przed chwilą wszedł, próbował wtrącić swoje trzy grosze.
Rzekę zostaw łaskawie w spokoju. Była tu już zawsze. Potem my przyszliśmy. My – prawdziwi, my – stąd.

Powinieneś to wiedzieć. Powinieneś wiedzieć, że kiedy nas nie będzie nad rzeczką, to nie będzie już nikogo i niczego. Nie będzie ani rzeczy drobnych ani spraw ostatecznych – nawet ostatniej nadziei ani nadziei na spełnienie, żadnej nadziei dla świętych, dla barbarzyńców, żadnej nadziei dla stworzeń Bożych: kobiet, dzieci, bydląt, motyli i gołębi. Nie będzie nowego świata. Starego też nie będzie. Świat zginie. Spłoniemy w widzialnym i niewidzialnym, udusimy się
w wodzie. Tylko żmija będzie się przyglądać – prorokował Böhme.
Podobno jeszcze jedna kobieta i jeden mężczyzna – zagrzmiał Goriwoda
i podniósł wskazujący palec lewej dłoni.
Kobieta ma być owinięta w chustę. Mężczyzna ma stać nieruchomo – dodał Żyd i tym razem nikt mu nie zaprzeczył.
Tak to jest, po prostu tak. Nikogo już nie będzie. Żmija zapowiedziała to w moim śnie. Nikt tego nie rozumie, wszyscy wezmą w tym udział. Tylko ja odetchnę. Nikt więcej. To nas kształtowało od zarania dziejów – powiedziałem do Margott przekraczającej próg sieni.
Możesz się sprzeciwić – w duchu wyszeptała Margott siadając w domu opowym za stołem. Możesz się sprzeciwić. Możesz po żniwach młócić zboże, oddzielać ziarno od plew, zawozić do młyna, przywozić mąkę i piec chleb.
Tak, mogę.
Niewiele się zmieni – nie zmieni się nic – powiedział w drzwiach młody Jeniszek z opuszczonym czołem i przymkniętymi oczami, jak przystoi katolikowi chwilowo ulegającemu zabobonowi.
Możesz się sprzeciwić – w duchu wyszeptała Margott siadając w domu opowym za stołem. Możesz podróżować i śledzić kłamstwa, bo kłamstwa są niedobre.
Wszyscy milczeli. Nikt się nie poruszył. Jakby we śnie oglądali siebie wędrujących z dna jeziora na tęczę i znikających

wśród grzmotów i błyskawic na jej drugim brzegu. Piwosze w gospodzie. Margott w domu opowym za stołem.
Widziałem i słyszałem to, kiedy na kuchennym stole przed mszą i po zakończonej mszy rozkładałem i prostowałem znalezione, przyniesione do domu karty niczym płaty kory – kiedy je odczytywałem. Bóg jedyny wie, ile czasu przeleżały
w piasku w korzeniach wierzby rosnącej jednak spory kawałek od kościoła. Bóg wie…

( … )
Kobiety we wsi miały sprawdzone sposoby, żeby ich mężowie, synowie i bracia w domu zachowywali się w miarę przyzwoicie. Potrafiły wypędzać złego ze swoich chłopów tak, że wyżywali się poza domem – w gołębnikach, przy króliczokach, na świniobiciu albo przy fusbalu i na cudzych kobietach. Chwyty były stare jak świat: niedzielne piwo, piłka, gołębie, grzybobranie, pielgrzymka na Annaberg, pielgrzymka do Piykor.
Szli do Piekar, to nie było ich całą niedzielę – i był spokój. Na Annaberg szli razem i też był spokój. Szli w niedzielę rano na grzyby – i do obiadu był spokój. Chłopy puścili gołębie na loty i czekali, aż gołębie wrócą, i był spokój – w miarę. Szli po obiedzie na mecz… I był spokój. Chłopy po mszy piwkowały
i politykowały, baby rychtowały niedzielny obiad. I był spokój.

Ja, szpil boł fest – odezwał się któryś, żeby coś powiedzieć. Może to Markus, może Mats.
No, nasi grali w tym półfinale, że mi się podobał – wyraził swoją opinię młody Jeniszek.
Dobrze grali – powiedział Polefka i sięgnął po butelkę z piwem.
No niy godej, Poloki tyż dobrze grali – usłyszałem. Ale nie rozpoznałem mówiącego. A to dziwne, bo przecież wszystkich znałem.
Przedstow se taki nosz, richtig nosz manszaft – zaproponował Goriwoda.
Czyj, nasz? – zapytali prawie równocześnie Stark i Kokot. A tak po prawdzie, to Stark i Konsek pytali: „Wessen unsere?”
Tych, co się tu rodzili, ich ojców, dziadków, pradziadków. No, tych moich, tych naszych! – Böhme wrzeszczał w twarz Starka i Kokota.
Twoi i moi, i ci jego, ale z dawien dawna, z ojca, dziada i pradziada. Ci, co poradzom po naszymu. Ci, co chytajom w trzech językach – zdecydował Mats.
To Żydy nie? – młody Jeniszek albo stary Jenischek swoim zwyczajem wciągali sąsiadów w spór.
No, pokaż mi Żyda na fusbalplacu! – głośno zaśmiał się Zoronn.
Widziałem już kilku! I to czarnych! – bronił się Süβ.
Tak, tak, wierzymy, wierzymy panu! Widział pan kawał świata! Ale u nas takich nie ma – powiedział Mats.
U nas są tylko nasi. Nie ma czarnych, nie ma żółtych, nie ma Żydów i nie ma Arabów – potwierdził Goriwoda. U nas są tylko nasi.
Przecież tu mieszkam od kilku dobrych lat – bronił się Süβ.
Lata nie mają tu nic do rzeczy – powtórzył Markus.
Pan jest nasz. Stanisławicz jest nasz. Ci na końcu wsi nie są nasi – zawyrokował Zoronn.
Tak to było. Tak to było. Ale się skończyło. Minęło i już.

Produkty powiązane

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl